Piątek. Po pracy. Słońce jeszcze wysoko, ale ja w głowie mam szum. Zmęczenie, stres, gonitwa. I tylko jedno marzenie – wyłączyć się. Wsiadam więc na motocykl i… wszystko się zmienia. Po pierwszych metrach czuję, jak moje ciało zaczyna oddychać równym rytmem. Jakby ten kontakt z motocyklem, z tymi wibrującymi dwiema kołami pod sobą, był terapią. Każdy kilometr to jak kolejny wdech. Każdy zakręt – wydech. Głowa się oczyszcza. Myśli milkną. Zaczyna się prawdziwa droga.
412 kilometrów samotności. Ja i asfalt. Pierwszy raz tak daleko sama. Bez asekuracji, bez śmiechu z interkomu, bez obok jadącego znajomego motocykla. Tylko ja i ta przestrzeń. I powiem Wam jedno: to była najbardziej oczyszczająca podróż mojego życia.
Po drodze – szybki przystanek na stacji. Tankowanie, łyk napoju, chwila na rozprostowanie nóg. Odpalam telefon i… niespodzianka. Wiadomość. Zdjęcie. Ktoś mnie sfotografował na trasie. Ktoś mnie rozpoznał. Odezwał się. Kilka ciepłych słów, uśmiech przez ekran, spotkanie na stacji – szybka kawa, wspólne zdjęcie, życzenia szerokości. Z takich małych gestów naprawdę składa się wielka siła podróży.
Później przyszło ochłodzenie – dosłownie. Niespodziewany, zimny deszcz w okolicach Gdańska. Chmura, której nikt nie widział, ale która dopadła mnie jakby specjalnie. Na szczęście byłam przygotowana. Miałam na sobie lekką kurtkę mesh i nasze termo, które chłodzi w upał, a po zmoczeniu błyskawicznie schnie. Do tego dorzuciłam softshell z kufra – i nagle byłam gotowa na wszystko. Deszcz, wiatr, chłód – nie miały już znaczenia. Ta kombinacja to moje nowe, obowiązkowe moto-kombo. Sprawdzone. Pewne.
Dojechałam. Hel. Spokój. Rodzina. Namiot. Las. Śmiech dzieciaków. Cisza. Dwa dni bez jazdy, ale z ogromną wdzięcznością, że dotarłam, że zrobiłam to sama. Że dałam sobie ten czas i przestrzeń.
A powrót? Cóż… asfalt w słońcu potrafi być bezlitosny.
Żar lał się z nieba. Kask przypiekał, silnik grzał, asfalt parzył. Tłok, spaliny, zmęczeni kierowcy – trzeba było być czujną, jak nigdy. W takich warunkach margines błędu nie istnieje. Ale mimo upału, mimo wyzwań i momentów, kiedy myślałam „jeszcze tylko parę kilometrów”, byłam szczęśliwa.
Bo nic nie daje takiego poczucia wolności, jak podróż w pojedynkę.
Bo samotność na motocyklu to nie pustka – to przestrzeń.
Bo pod kaskiem lepiej się myśli. Lepiej się oddycha. Lepiej się czuje.
Polecam i polskie góry, i polskie morze.
Polecam jazdę z przyjaciółką, ale i tę… zupełnie samotną.
Bo każda droga ma sens. Każda czegoś uczy. Każda prowadzi nas do środka.
Do zobaczenia gdzieś tam – w trasie, przy kawie, może na Helu.
Trzymajcie się ciepło (ale nie za ciepło pod kaskiem 😉).
Inez ❤🦋


