Cześć, tu Isztar, albo po prostu Agnieszka 😊
Mam wiele pasji: motocykle, jazda na rowerze, podróże, fotografia, urbex. Motocykle fascynowały mnie od zawsze, jednak dopiero kilka lat temu zdecydowałam się spełnić marzenie i kupić swój pierwszy motocykl. Od tamtej chwili moje życie stało się jakby pełniejsze.
To był jeden z tych pięknych czerwcowych dni, kiedy od samego rana wiadomo, że pogoda będzie sprzyjać motocyklowym przygodom. Do każdego wyjazdu lubię się przygotować, tak żeby niczego nie zapomnieć. Jak zwykle zadbałam o odpowiedni strój – tym razem postawiłam na bieliznę termoaktywną od MotoLadies Project, doskonale wiem, że poranki potrafią być jeszcze chłodne. W plecak spakowałam kanapki, butelkę wody, w pełni naładowane baterie w kamerze i telefonie - i już byłam gotowa na wyjazd. Trasa, a nawet kilka jej wariantów, była wcześniej dokładnie zaplanowana.
Mam to ogromne szczęście, że pasją mogę dzielić się z moim mężem, Tomkiem. Gdy tylko na horyzoncie zaczęły pojawiać się pierwsze promienie słońca, ruszyliśmy w drogę. Wczesny poranek miał swój wyjątkowy klimat – drogi były niemal puste, powietrze rześkie, a świat powoli budził się do życia. Plan na ten dzień był prosty: odwiedzić kilka miejsc, na które wcześniej zawsze brakowało czasu. Jestem przekonana, że Polska kryje mnóstwo niezwykłych zakątków i nie trzeba wyjeżdżać za granicę, by zachwycać się pięknymi widokami.


Tym razem jednym z naszych celów były ruiny zamku w Kole. Już sama droga prowadząca do tego miejsca okazała się ciekawym doświadczeniem. Ostatni odcinek prowadził szutrową drogą, co dla nas – przyzwyczajonych głównie do asfaltu – było małą przygodą. Sucha nawierzchnia sprawiała, że spod kół unosiły się tumany kurzu, a pył osiadał dosłownie wszędzie. Na szczęście pogoda dopisywała, a widok ruin wynagrodził nam cały wysiłek. Spacerując między murami, próbowałam wyobrazić sobie, jak to miejsce wyglądało kilkaset lat temu.
Kolejnym obowiązkowym punktem tego dnia była słynna koparka „Dolores” i choć byliśmy już w tym miejscu kilka razy, zawsze robi na nas ogromne wrażenie. Trudno opisać skalę tej konstrukcji, dopóki nie stanie się obok niej osobiście. Wręcz nie mogę doczekać się chwili, aż pozwolą wejść na koparkę, żeby móc ją zobaczyć z bardzo bliska. Za każdym razem czuję się przy niej jak mrówka stojąca obok olbrzyma.
Dzień stawał się coraz cieplejszy, więc dla chwili wytchnienia postanowiliśmy zatrzymać się w marinie w Ślesinie. Tafla wody delikatnie falowała na wietrze, a panujący tam spokój był idealnym kontrastem dla motocyklowej jazdy. Wypiliśmy kawę, odpoczęliśmy chwilę i nabraliśmy sił przed dalszą drogą.


To był cudowny dzień, który naładował nas pozytywną energią. Termoaktywna bielizna i kominiarka sprawdziły się znakomicie, zapewniając komfort przez cały dzień jazdy. Z szerokimi uśmiechami i niemal pustymi bakami wróciliśmy po południu do domu. Już planuję kolejną wyprawę – muszę tylko znaleźć na nią czas między codziennymi obowiązkami.
Do zobaczenia gdzieś w trasie.
Agnieszka