Cześć!
Padało. Dla większości to powód, żeby zostać w domu z herbatą. Dla mnie - znak, że czas wyciągnąć motocykl
Dawno nie czułam tego dreszczyku. Kiedyś, jeszcze w 2014 roku, zaczynałam swoją przygodę z motocrossem/enduro . To była miłość od pierwszego kopnięcia . Zapach paliwa, dźwięk silnika, błoto pryskające spod kół - coś, co zostaje w człowieku na zawsze.
Tym razem było trochę inaczej. Dostałam elektrycznego KTM-a – cichy, a jednocześnie całkiem zrywny. Na początku trochę dziwnie, bez tego znajomego warkotu. Jednak później już zapomniałam że jadę na elektryku gdy pochłonęła mnie trasa.
Las, trudne ścieżki , a deszcz zamienił ziemię w śliską maź.
Nie zliczę, ile razy wylądowałam w błocie – krótkie nogi zdecydowanie nie pomagają w takich momentach 😅. Ale każda gleba to tylko część zabawy. Śmiałam się sama z siebie, otrzepywałam rękawice i ruszałam dalej.
Z każdym kilometrem przypominałam sobie, jak fizycznie wymagające potrafi być enduro.
Serce wali, ręce bolą, nogi drżą, ale głowa jest szczęśliwa. Bo nic nie daje takiego uczucia wolności, jak jazda w deszczu, między drzewami, wśród zapachu mokrej ziemi.
Na końcu, zmęczona, cała w błocie, ale z uśmiechem od ucha do ucha, dotartam do mety. Pokonałam całą trasę! I choć ręce bolały, a nogi odmawiały posłuszeństwa, czułam ogromną satysfakcję.
Bo w enduro chodzi właśnie o to - o przekraczanie własnych granic, o walkę z terenem, pogodą i samym sobą. o to uczucie, gdy mimo wszystkiego mówisz sobie: „dałam radę!"
Całe szczęście, że miałam na sobie termoaktywną koszulkę Moto Ladies – przeszła chrzest błota i zdała egzamin na piątkę!
Jeśli też tęsknisz za błotem i zapachem lasu po deszczu – nie czekaj na idealną pogodę. Po prostu jedź.
Do zobaczenia na trasie, Mała Ninja.
